Blog Dandy Yourself...

Kochanie, zaplanujmy wakacje

Wyjazd na wakacje planowaliśmy już od maja. To znaczy planowaliśmy to zbyt duże słowo. Wiedzieliśmy, że ‘gdzieś’ pojedziemy, ale gdzie i kiedy, to się jeszcze okaże. Oczekiwałam natomiast kilku rzeczy – ma być ciepło, mam wysmażyć co trzeba i o niczym nie myśleć.

 

 


Z tych trzech punktów, tylko jeden się spełnił – było rzeczywiście bardzo ciepło. Poza tym – mocna opalenizna, o której marzyłam po prostu mnie olała, za to z przyjemnością odwiedziła Dandysa. A myśli na minutę w mojej głowie miałam więcej, niż w ciągu całego miesiąca. Okazało się bowiem, że urlop to taki Sylwester, w którym robisz podsumowanie ostatnich miesięcy i od razu snujesz postanowienia na Nowy Rok.

 


W przypadku wyjazdu na wakacje – po powrocie chciałam zmienić swoje życie, zamknąć pewne rozdziały i spróbować nowych rzeczy. Powiem szczerze, że odkąd wróciliśmy śpię krócej, bo z natłoku myśli i planów nie mogę usnąć. Nie odważyłam się jeszcze ich wdrożyć w swoje życie, ale tylko dlatego, że wiem, że jest to proces. Muszę wszystko dobrze przemyśleć i zaplanować. Czyli tak jak zawsze. Tu akurat się nic nie zmieniło.

 

(Nie)okazyjny Last Minute!

Wiedząc, że pod koniec lipca oboje będziemy mogli wyrwać się gdzieś na tydzień, zaczęliśmy przeglądać oferty biur podróży. “Michał, strasznie drogo wszędzie. Poczekajmy do ostatniej chwili, mówię Ci – wtedy są najlepsze ceny”. Tak przynajmniej obiło mi się o uszy, bo sama nigdy z tych ‘wyjątkowych okazji’ nie korzystałam. Ale to co usłyszało moje gumowe ucho, to moje. I tym sposobem wpakowaliśmy się w last minute’a, który był droższy niż oferta z początku miesiąca.

 


Okej, bierzmy co jest, bo jutro to już w ogóle niczego nie będzie. I tym sposobem wylądowaliśmy na Krecie wschodniej, w miejscowości Hersonissos. Jak się okazało, w miejscu, gdzie czas stanął w miejscu. Naprawdę. Trzeciego dnia powiedziałam Michałowi: Wiesz, ja już odpoczęłam, możemy wracać. I właśnie wtedy zaczął się też natłok moich myśli, postanowień i planów, które zamierzałam realizować, gdy tylko wylądujemy w Polsce.

 

Szczęśliwi czasu nie liczą

To naprawdę były najdłuższe 7 dni w moim życiu. Nigdzie się nie musiałam spieszyć, miałam czas na wszystko, o czym tylko marzyłam. Pluskałam się w ciepłym morzu, wygrzewałam na basenie, spacerowałam godzinami z Dandysem, spałam w codziennie świeżej, białej pościeli (prześcieradle) – istnie instagramowo-blogerskiej. Ale okazała się na tyle mało ważna w morzu atrakcji, że zapomniałam sobie zrobić zdjęcia.

 


Z dobrych rzeczy, z których jestem bardzo zadowolona, to fakt iż z powrotem wyrobiłam sobie nawyk czytania książek. Miałam na to naprawdę bardzo dużo czasu.  Oprócz tego, Michał zrobił mi naprawdę wiele pięknych zdjęć, które możecie oglądać tu i na moim Instagramie. Zwiedziliśmy także niesamowite miejsca (o których napiszę w osobnym wpisie). Natomiast jest coś, co sprawiało mi wielką przyjemność, lecz konsekwencje nie były już zbyt optymistyczne. Z uwielbieniem i chwałą zajadałam się baklawą, dzięki której przywiozłam do Polski 3kg więcej siebie. Ale umówmy się – na wakacjach się nie liczy, dlatego zapomnijmy już o tym.

Warto, nie warto

Czy było warto? Czy się opłacało? Jak usłyszałam kiedyś na wykładzie Jacka Walkiewicza: W życiu są rzeczy, które się opłacają i które warto. Ale nie zawsze to co się opłaca warto i nie zawsze warto, ale się opłaca.

W tym przypadku nie liczymy czy się opłacało, bo mając wspomnienia, które przywieźliśmy do Polski, stwierdzamy, że było warto. Gdyby na to pytanie miała odpowiedzieć moja babcia, podsumowałaby: Dziecko, gdzie tak daleko jedziesz! Jeszcze się tam zgubisz i nie wrócisz. Mało wody i słońca u nas? Myślę sobie, że nie mało. Ale tylko tam, naprawdę czas stanął dla mnie w miejscu.